Klub Polskiej Książki w Seattle

 

„Zamieńmy nienawiść w papierosa po obiedzie” - świat według Żulczyka w jego debiutanckiej powieści „Zrób mi jakąś krzywdę ….czyli wszystkie gry video są o miłości”.

Podobno Jakub Żulczyk wydał ostatnio nową powieść, podobno lubi bawić się językiem i podobno pisze powieści pokoleniowe o anomaliach polskiej kultury. Wszystkie te „podobno” zmotywowały mnie do przeczytania debiutu tego polskiego pisarza i dziennikarza.

 Pierwsze skojarzenie jakie nasuwa się po przeczytaniu paru stron to: Dorota Masłowska. Mam słabość do jej powieści „Wojna polsko – ruska pod flagą biało – czerwoną”, więc już zaczęło mi się podobać. Ma się jednak pewne wątpliwości czy Wydawnictwo „Lampa i Iskra Boża” po raz kolejny nie sięga po powieść, która ma płynąć na fali sukcesu Masłowskiej. Twórczość tej autorki jest ciekawa, a jej druga książka „Paw królowej” otrzymała wiele nagród, między innymi właśnie za „oryginalne spojrzenie na polską rzeczywistość oraz twórcze wykorzystanie języka pospolitego”. W recenzowanej książce znajdziemy i pospolity język, i zabawy dziwnymi skojarzeniami, i ciągłe nawiązania do popkultury. Czy Żulczyk to po prostu, tak jak Drotkiewicz, kolejna autor piszący w tym stylu?

Historia jest prosta: mamy studenta prawa (przedostatni rok studiów), który pewnego dnia o godzinie trzynastej dwadzieścia zakochuję się w młodej, ezoterycznej, bladolicej piętnastolatce uwielbiającej grać w gry video. Zaraz po zapoznaniu się na imprezie, wyjeżdża ona na wakacje ze swoją matką, a później planuję powrót do Paryża, gdzie mieszka na stałe. Sfrustrowany i zakochany bohater Dawid postanawia ją porwać. I tutaj zaczyna się powieść drogi: od Sopotu, po festiwal rockowy, aż do meliny zatwardziałych hippisów. Po drodze  bohaterowie poznają między innymi Wiktora i ekipę nagrywającą amatorski film pornograficzny. Wydaję się, że historia jako taka ma tutaj mniejsze znaczenie. Żulczyk bawi się w słowotwórstwo i wykorzystuję cały arsenał swoich doświadczeń z popkulturą. Są tutaj, więc nawiązania do filmów Oliver’a Stone, do gier video i Nintendo, do polskich zespołów rockowych takich jak Costerkeller. Żulczyk pokazuję nam, że jest elokwentny, zaznajomiony ze współczesnymi trendami filmowymi, czytelniczymi i muzycznymi. Jest także dobrym obserwatorem i czasami naprawdę można się uśmiechnąć pod nosem czytając jego dziwaczne skojarzenia (moim faworytem jest cytat o miłości : „zamienimy świat w lunapark; zło w mrożoną oranżadę; wojnę w popcorn; nienawiść w papierosa po obiedzie”). Nie boi się także używać wulgaryzmów. Podoba mi się też metafora miłości jako gry video, czym przecież może się ona stać w takim świecie w jakim żyjemy. Kolejne etapy przygód i miłosnych zmagań są nawet oznaczone „levelami”.

Zza tego zabawnego języka widzimy, że Żulczyk chce przekazać nam pewne prawdy. O komercjalizacji miłości, o tym jak bardzo nasiąkamy tym co serwuje nam na co dzień telewizja i jakie niesie to za sobą zagrożenia. Głupotę, śmieszność, samotność. Jednak momentami jego przekaz się zamazuje i liczą się tylko słowa, słowa, słowa. W połowie książki możemy już czuć pewne zmęczenie od tych porównać i metafor. Za dużo. Książki czytamy dla historii, żeby się czegoś nauczyć, coś poczuć. W tej powieści „eksperyment” trwa, jak dla mnie, trochę za długo i nuży po jakimś czasie. Żulczyk lepiej by zrobił, gdyby pozostał przy krótszej formie np. felietonowej. Jego przemyślenia można przeczytać na jego blogu: http://jakubzulczyk.ownlog.com. Pocieszające jest to, że jest on po prostu tym za kogo się uważa czyli „wzorowym odbiorcą kultury masowej”. Tym chętniej sięgnę po jego najnowszą książkę „Instytut”, choćby po to by zobaczyć czy „dorósł”. Została ona ciepło przyjęta przez krytykę, a i sam autor stwierdza: „jest to najlepsza rzecz jaką do tej pory napisałem. A przynajmniej pierwszą, która na końcu okazała się dokładnie tym, co zaplanowałem sobie na początku.” Podobno jest to książka z pogranicza horroru i thrillera. Umieram z ciekawości jak to wygląda w wersji Jakuba Żulczyka.

Marta Jankowska