|
„Zamieńmy
nienawiść w papierosa po obiedzie” - świat według Żulczyka w jego
debiutanckiej powieści „Zrób mi jakąś krzywdę ….czyli wszystkie gry video są
o miłości”.
Podobno Jakub Żulczyk wydał ostatnio nową powieść, podobno
lubi bawić się językiem i podobno pisze powieści pokoleniowe o anomaliach
polskiej kultury. Wszystkie te „podobno” zmotywowały mnie do przeczytania
debiutu tego polskiego pisarza i dziennikarza.
Pierwsze skojarzenie jakie nasuwa się po przeczytaniu paru
stron to: Dorota Masłowska. Mam słabość do jej powieści „Wojna polsko –
ruska pod flagą biało – czerwoną”, więc już zaczęło mi się podobać. Ma się
jednak pewne wątpliwości czy Wydawnictwo „Lampa i Iskra Boża” po raz kolejny
nie sięga po powieść, która ma płynąć na fali sukcesu Masłowskiej. Twórczość
tej autorki jest ciekawa, a jej druga książka „Paw królowej” otrzymała wiele
nagród, między innymi właśnie za „oryginalne spojrzenie na polską
rzeczywistość oraz twórcze wykorzystanie języka pospolitego”. W recenzowanej
książce znajdziemy i pospolity język, i zabawy dziwnymi skojarzeniami, i
ciągłe nawiązania do popkultury. Czy Żulczyk to po prostu, tak jak
Drotkiewicz, kolejna autor piszący w tym stylu?
Historia jest prosta: mamy studenta prawa (przedostatni rok
studiów), który pewnego dnia o godzinie trzynastej dwadzieścia zakochuję się
w młodej, ezoterycznej, bladolicej piętnastolatce uwielbiającej grać w gry
video. Zaraz po zapoznaniu się na imprezie, wyjeżdża ona na wakacje ze swoją
matką, a później planuję powrót do Paryża, gdzie mieszka na stałe.
Sfrustrowany i zakochany bohater Dawid postanawia ją porwać. I tutaj zaczyna
się powieść drogi: od Sopotu, po festiwal rockowy, aż do meliny
zatwardziałych hippisów. Po drodze bohaterowie poznają między innymi
Wiktora i ekipę nagrywającą amatorski film pornograficzny. Wydaję się, że
historia jako taka ma tutaj mniejsze znaczenie. Żulczyk bawi się w
słowotwórstwo i wykorzystuję cały arsenał swoich doświadczeń z popkulturą.
Są tutaj, więc nawiązania do filmów Oliver’a Stone, do gier video i Nintendo,
do polskich zespołów rockowych takich jak Costerkeller. Żulczyk pokazuję
nam, że jest elokwentny, zaznajomiony ze współczesnymi trendami filmowymi,
czytelniczymi i muzycznymi. Jest także dobrym obserwatorem i czasami
naprawdę można się uśmiechnąć pod nosem czytając jego dziwaczne skojarzenia
(moim faworytem jest cytat o miłości : „zamienimy
świat w lunapark; zło w mrożoną oranżadę; wojnę w popcorn; nienawiść w
papierosa po obiedzie”). Nie boi się także używać wulgaryzmów. Podoba
mi się też metafora miłości jako gry video, czym przecież może się ona stać
w takim świecie w jakim żyjemy. Kolejne etapy przygód i miłosnych zmagań są
nawet oznaczone „levelami”.
Zza
tego zabawnego języka widzimy, że Żulczyk chce przekazać nam pewne prawdy. O
komercjalizacji miłości, o tym jak bardzo nasiąkamy tym co serwuje nam na co
dzień telewizja i jakie niesie to za sobą zagrożenia. Głupotę, śmieszność,
samotność. Jednak momentami jego przekaz się zamazuje i liczą się tylko
słowa, słowa, słowa. W połowie książki możemy już czuć pewne zmęczenie od
tych porównać i metafor. Za dużo. Książki czytamy dla historii, żeby się
czegoś nauczyć, coś poczuć. W tej powieści „eksperyment” trwa, jak dla mnie,
trochę za długo i nuży po jakimś czasie. Żulczyk lepiej by zrobił, gdyby
pozostał przy krótszej formie np. felietonowej. Jego przemyślenia można
przeczytać na jego blogu:
http://jakubzulczyk.ownlog.com. Pocieszające jest to, że jest on po
prostu tym za kogo się uważa czyli „wzorowym odbiorcą kultury masowej”. Tym
chętniej sięgnę po jego najnowszą książkę „Instytut”, choćby po to by
zobaczyć czy „dorósł”. Została ona ciepło przyjęta przez krytykę, a i sam
autor stwierdza: „jest to najlepsza rzecz jaką do tej pory napisałem. A
przynajmniej pierwszą, która na końcu okazała się dokładnie tym, co
zaplanowałem sobie na początku.” Podobno jest to książka z pogranicza
horroru i thrillera. Umieram z ciekawości jak to wygląda w wersji Jakuba
Żulczyka.
Marta Jankowska |