Jedną z
największych przyjemności czytelnika, niezależnie od wieku, płci i stażu
czytania, jest odkrycie nowego autora, literackiej bratniej duszy. Są
pisarze, o których książkach słyszał chyba każdy w miarę oczytany człowiek i
których dzieła trzeba chociaż raz w życiu przeczytać, a przynajmniej
spróbować przeczytać. Są tacy, których książki czytamy, jakbyśmy jedli
świeże bułeczki – apetyczne w momencie jedzenia, ale nie czujemy potrzeby
wspominania ich przez całe życie. Są też i tacy, na których książki można
nigdy nie natrafić i tacy, których oblicza regularnie pojawiają się na
okładkach bestsellerów.
Kiedy zastanawiałam się nad tymi wszystkimi autorskimi oczekiwaniami, nagle
bardzo oczywiste stały się
słowa pisarza Jerzego Sosnowskiego. Wspomniał on, że jeden z jego znajomych,
przyznał się do dziwnego nawyku w dzieciństwie - odrywał mianowicie
wszystkim książkom przed przeczytaniem okładki, żeby nigdzie nie natknąć się
na nazwisko autora.
Ja okładek nie
odrywam (a może powinnam), dlatego też wydawało mi
się, że znam już nazwiska wszystkich polskich pisarzy, po których mogę
spodziewać się czegoś więcej. A tu niespodzianka: nowy dla mnie autor, Andrzej Bart i jego nowa
książka: historia hiszpańskiej królowej Izabeli, która po śmierci
swojego męża Filipa podróżuje z jego ciałem (nieudolnie
i pospiesznie zabalsamowanym), odmawiając przeprowadzenia pogrzebu. Sytuacja jest, mówiąc
dyplomatycznie, niezręczna, dlatego też wysłannicy papieża decydują się na
interwencję, wprowadzając w najbliższe otoczenie szalonej królowej, Don
Juana. I tu niedobra wiadomość – Don Juan nie jest już uwodzicielskim,
pełnym energii kochankiem, a starzejącym się mężczyzną, który zdecydował się
zostać mnichem, aby nadać reszcie swojego życia głębszy, duchowy sens.
Wstydzi się tego, co robił w czasach młodości, swoich dawnych ubrań, gestów,
podbojów, pragnie teraz spokoju i – tak modnego obecnie – wyciszenia. Ale
otrzymuje zadanie i jako posłuszny mnich będzie starał się je wykonać.
Zadanie jest
trudne, ale nie jest niewykonalne. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że
podstarzały Don Juan może być jeszcze bardziej interesujący niż pełen wigoru
młodzieniaszek. Jego inteligencja, zawsze wysoko ceniona przez kobiety, jest
teraz niewątpliwie wzbogacona doświadczeniem. Wygląda ciągle interesująco,
co też nie jest bez znaczenia. No i ewentualna wybranka może liczyć, że
stanie się tzw. dozgonną miłością, zwłaszcza biorąc pod uwagę niedługą
przeciętną życia w dawniejszych czasach.
Z królową jest
jednak inaczej – nie ma być uwiedziona przez Don Juana jak „zwykła” kobieta,
ma być jedynie odwiedziona od trumny męża. Don Juan staje przed królową nie
jako zdobywca, ale jako przyjaciel. Dla niektórych może to być trudne, ale
nie dla naszego bohatera. Skupiony, uważny, więcej słucha niż mówi, a kiedy
mówi to nie o sobie. W efekcie stroną mówiącą o sobie staje się królowa i w
momencie, kiedy jej uwaga przenosi się z nieboszczyka męża na nią samą,
oczywistym następstwem jest decyzja o zaniechaniu makabrycznej podróży.
Krytycy
literaccy, bez wyjątku zachwyceni lekturą, podkreślają jak bardzo finezyjna i wielowymiarowa jest książka Andrzeja Barta.
Jednocześnie jest to po prostu dobra, wciągająca czytelnika powieść typu
„płaszcza i szpady”. Z jednej strony intrygi kościelne pomiędzy zwolennikami
reform a inkwizycją, z drugiej strony romans, pojedynki, urażona kobieca
duma. Do tego wszystkiego wtrąca się nie zawsze obiektywny narrator, który
stopniowo zmienia się w konkretną osobę, będącą najwyraźniej w szczególnych
konszachtach z autorem. Wypowiada, bowiem swoje własne opinie na temat akcji
oraz rzuca historycznymi ciekawostkami, także i tymi z przyszłości książki.
No i specyficzny humor książki – ironia, ale nie uszczypliwość, lekka
drwina, ale z pewną sympatią i eleganckim dystansem. Chciałoby się
powiedzieć o autorze „to ostatni, co tak poloneza wodzi”.
„Don Juan raz
jeszcze” to jedna z tych książek, które zdarzyło mi się odkryć. A może to
książka mnie po prostu uwiodła, w najlepszej tradycji Don Juana.
Hanna Gil